Reklama

Henryk Brzozowski: Niekochany [OPOWIADANIE]

Opublikowano: Ostatnia modyfikacja:
Autor: | Zdjęcie: pixabay

Henryk Brzozowski: Niekochany [OPOWIADANIE] - Zdjęcie główne

foto pixabay

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Warto przeczytać Wiesław K. pojawił się na naszej ulicy już jako emeryt. Zajął pokój na poddaszu w parterowym domu dr. Helebranda. W letnie popołudnie wynosił na balkon płócienny leżak i albo coś czytał, albo ucinał sobie krótką drzemkę.

Drobnej postury, lekko przygarbiony, siwe włosy starannie zaczesywał do tyłu. Był dobrze po siedemdziesiątce, ale trzymał się dziarsko; czasem wsiadał na rower z aluminiowymi błotnikami, które dzwoniły na wybojach. Pojawienie się starszego pana było pewnym zaskoczeniem dla jego nowych sąsiadów. Mówiło się, że zamienił mieszkanie w metropolii na kawalerkę w prowincjonalnym mieście. Wkrótce wyszło na jaw, że to wnuk znanego historyka, absolwent filologii klasycznej, w dodatku tłumacz znający kilka języków, który nie lubi dużego miasta…

Kiedy mu składałem pierwszą wizytę, sprawiał wrażenie człowieka wycofanego. – Wiem o panu sporo – zaczął, podając w progu wąską, prawie kobiecą dłoń. – Interesował się pan moim dziadkiem… Rozmowa zeszła jednak na temat jego aktualnych prac translatorskich.

Ojciec Wiesława, przedwojenny adwokat bronił Ślązaków przed niemieckimi sądami. Aresztowany w październiku 39’, został skazany na śmierć i ścięty toporem w gliwickim więzieniu. Wkrótce potem zmarła mu matka, a wychowaniem dwu chłopców (W. miał starszego brata) zajęła się ciotka, stara panna handlująca pamiątkami na straganie w Sukiennicach. Mieszkali z dziadkiem w stylowej willi, na krakowskim Salwatorze.

Nasze przypadkowe spotkania przechodziły najczęściej w dłuższe pogawędki. Wtedy, zamiast stać przed domem, szliśmy „na górę”, do pokoju, gdzie królowała secesja. Duży, owalny stół o fantazyjnych nogach, cztery gięte krzesła, na ścianach litografie i zdjęcia rodzinne… Pod sufitem stylowa lampa z motywem roślinnym; tuż pod oknem ciemne biurko, a na nim stary Royal z nienaturalnie dużą czcionką, słowniki, kartki papieru, pęk ołówków … Lewy kąt przy oknie wypełniało wysokie, orzechowe łóżko ze zdobnym reliefem, na jego przedłużeniu stała drewniana umywalka z białą miednicą i konewka na wodę. Prawy kąt obok drzwi zajmował piękny, kaflowy piec w tonacji ciemnej zieleni, a fragment ściany po przeciwnej stronie drzwi – meblowy wieszak z kryształowym lustrem i ozdobnymi hakami na płaszcze i kapelusze. Miało się wrażenie, że niezmienny wystrój pokoju służy kolejnym lokatorom, którzy są tylko epizodami w życiu przedmiotów z poprzedniej epoki. Starokawalerski porządek naruszały, porozrzucane tu i ówdzie, bawełniane chusteczki do nosa. – Przepraszam za ten bałagan, ale męczy mnie katar sienny… – uprzedził gospodarz. Nieżyt nosa dokuczał mu przez cały rok; szczególnie wiosną, w porze kwitnienia drzew i krzewów.

Rozmawialiśmy o różnych sprawach – dawnych i nowych, ponieważ dla Wiesława nie było tematów tabu. Zajmowały go kwestie historyczne, zmiany obyczajowe, emancypacja kobiet, czy zepsucie kleru; nie miał uprzedzeń typowych dla ludzi w jego wieku. Znajomość martwych języków – greki i łaciny, pozwalała mu z łatwością operować żywymi. Większość książek czytał w oryginale, a lotny umysł, rozległa erudycja tudzież staromodne maniery dawały rozmówcy rzadką okazję obcowania ze światem, który właściwie przestał istnieć…

Między nami była spora różnica wieku, która – z jednej strony nakazuje atencję, a z drugiej budzi ciekawość. Ośmielony sąsiedzką zażyłością, zapytałem kiedyś, dlaczego został sam? Mężczyzna jak on, inteligentny, wykształcony, nieźle zarabiający – argumentowałem, nawet w siermiężnych czasach komuny mógł być niezłą partią… – Nie miałem ręki do kobiet…, odpowiedział z ledwo wyczuwalną rezygnacją.

Rękę ma się do interesu, pióra, sztuk czy rzemiosł, ale do kobiet? Nie użył zwrotu: ‘nie miałem szczęścia’… Jednak temat wrócił przy kolejnej, nieplanowanej dyskusji. – Co się tyczy mego małżeństwa, bo pan pytał …, byłem zakochany dwa razy i, wydawało się, z wzajemnością … – Ale zwykle coś stawało na przeszkodzie. Trochę w tym mojej winy…, ciągnął. – Kiedy dorastałem, zabrakło rodziców; dziadek i ciotka byli nadmiernie opiekuńczy, a ja to przejąłem. – W domu nie było warunków do kształtowania uczuć, więc ubzdurałem sobie, że można to nadrobić, słuchając piosenek Ordonówny, Fogga, czy Witasa... – Poza tym mam sentymentalną naturę, a to nie popłaca w relacjach z kobietami. – Może gdybym się wcześnie ożenił, ale z zwlekałem; chciałem być dojrzały i odpowiedzialny. Na starość wiem, że tych sprawach ważniejsze są odruchy i emocje.

Mówił z przekonaniem i nie miało się wrażenia, że to narracja na pokaz. W pewnym momencie wyjął z szuflady biurka plik kopert przewiązanych kolorową tasiemką… – Przeczytam panu dwa listy…

Serduszko Moje, (tak się zaczynał pierwszy), dziękuję raz jeszcze za ten ogrom niezwykłości, który w tak krótkim czasie otrzymałam od Ciebie. Przede wszystkim za fantastyczny ‘smak’ uczucia bycia razem. To coś nieprawdopodobnego, że zwykłe robienie zakupów, smarowanie bułki, zrywanie kwiatów – w darze dla drugiej osoby, stają się czymś niezwykłym.

Obsesyjnie zaczynam się bać, by nie zabrakło Ci sil i pokory w niesieniu tych wszystkich zmartwień, ale mam ufność, że przyjazne osoby, nawet jeśli jest ich garstka, pomogą Ci w tej przygnębiającej, ale nie beznadziejnej sytuacji. Dbaj, proszę o siebie; będzie dobrze, Maria

Drugi list był inny… Mój Drogi Panie, jeśli ktoś zapyta, gdzie znajduje się Aleja Szczęśliwości, Sanatorium Słodyczy, a zarazem Schronisko Szaleńców, odpowiem, że w N. Dodam, że w domu z ogrodem, gdzie stoi altana, rosną kwiaty, wielki orzech, a wiśnie rozsiewają się same… Nikomu jednak nie powiem, że w domu tym mieszka pan, który skradł mi serce, o którym ciepło myślę i tęsknię. Przytulam się i oplatam… Pia

Mam ich więcej, ale te dwa listy są jak dobre sny, które się pamięta… Jedna z autorek wybrała samotność, druga związała się z kobietą. Choć obie zapewniały, że mnie kochają, w końcu poszły swoimi drogami… – Teraz rozumiem, że prowadziły własną grę, w której kobiety są od nas lepsze.

Wtedy wyszło na jaw, że emerytowany poliglota interesuje się snem; bada jego zapomniany język, odczytuje alegorie i symbole, wertuje stare senniki. Ma własną typologię marzeń sennych, by – dla zabawy – „wykładać” swoje i cudze sny. – Dzisiejszy świat lekceważy sen, a przecież przesypiamy połowę życia… – dziwił się głośno. – Zna pan Życie snem Calderona?... – Romantycy uważali, że sny odwdzięczają się tym, którzy w nie wierzą...

Zadzwonił telefon i Wiesław przeprosił, że ma jeszcze wizytę u lekarza; właśnie mu o tym przypominają … Z jakiś czas przyśnił mi się, że jest na stacji kolejowej; w towarzystwie dwu pań czeka na jakiś pociąg. Jestem zaskoczony, bo obie kobiety to moje dobre znajome, których nigdy nie mógł spotkać, a mimo to, prowadzi z nimi żywą rozmowę.

Przy najbliższym spotkaniu chciałem go zapytać, jak „wyłoży” treść mego snu, ale do spotkania jednak nie doszło. Parę dni później na wysokości domu, gdzie mieszkał, pojawiła się karetka pogotowia; stali obok niej lekarz i ratownik.

Pan Wiesław nie żyje, umarł we śnie… – uprzedził moje pytanie właściciel posesji, który odprowadzał ich do auta. – Niedawno mnie przekonywał, że sen to brat śmierci… – dodał.

Henryk Brzozowski

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Wczytywanie komentarzy