Początki i ziarenko, z którego wykiełkował Sanitas
Miranda Korzeniowska: Aniu, spotykamy się w wyjątkowym momencie – z okazji 15-lecia istnienia Stowarzyszenia Sanitas. Wiem, że Wasza organizacja zrodziła się z osobistych doświadczeń choroby, walki z rakiem i autentycznej potrzeby serca. Sama nazwa nawiązuje do łacińskiego słowa oznaczającego zdrowie, ale też bezpośrednio do naszego miasta, Sanoka, i rzeki San. Opowiedz, jak to się dokładnie zaczęło? Jaki był ten pierwszy impuls, który sprawił, że postanowiłaś przekuć własne trudne doświadczenia w przestrzeń dającą oparcie innym?
Anna Nowakowska: Sanitas rzeczywiście narodził się z bardzo osobistych doświadczeń choroby i walki z rakiem. Kiedy sama zachorowałam, bardzo mocno odczułam, jak ogromne znaczenie ma obecność drugiego człowieka, rozmowa, wsparcie i zwykła ludzka życzliwość. W takich momentach człowiek zaczyna patrzeć na życie zupełnie inaczej.
Pamiętam, że wtedy pojawiła się w mnie potrzeba stworzenia miejsca, w którym osoby chore i ich bliscy nie będą czuć się sami. Miejsca opartego na empatii, wzajemnym wsparciu i prawdziwej obecności. Nie planowałam wtedy tworzyć organizacji w takim wymiarze, jaki ma dziś Sanitas. To była bardziej potrzeba serca niż gotowy plan.
Z czasem wokół tej idei zaczęli pojawiać się ludzie, którzy czuli podobnie. Ludzie o ogromnych sercach, gotowi pomagać całkowicie charytatywnie, po swojej pracy, między codziennymi obowiązkami. I właśnie tak, krok po kroku, zaczęła rodzić się społeczność, która trwa już 15 lat.
Sama nazwa „Sanitas” nie jest przypadkowa. Tak, nawiązuje do łacińskiego słowa oznaczającego zdrowie, ale również do naszego miasta Sanoka i rzeki San. Bardzo zależało nam, aby ta nazwa łączyła zarówno ideę zdrowia i wsparcia, jak i nasze lokalne korzenie.
Patrząc dziś na te 15 lat, mam ogromne poczucie wdzięczności. Bo Sanitas stał się czymś znacznie większym niż stowarzyszenie. Stał się miejscem spotkań ludzi, którzy wierzą, że nawet w najtrudniejszych momentach drugi człowiek może dać siłę, nadzieję i poczucie, że nie jest się samemu.
Fundamenty działalności i flagowe akcje
M.K: Główną ideą Sanitasu od zawsze była edukacja w zakresie profilaktyki nowotworowej oraz udzielanie wsparcia osobom chorym i ich rodzinom. Przez 15 lat wiele się wokół nas zmieniło – świat, codzienne możliwości i wyzwania. Mimo to Wasze cele pozostają niezmienne. Które z Waszych flagowych akcji, realizowanych niemal od początku istnienia stowarzyszenia, uważasz za absolutnie najważniejsze i dlaczego wciąż są one tak bardzo potrzebne?
A.N: Od samego początku najważniejszym fundamentem działalności Sanitasu była profilaktyka i edukacja zdrowotna. Bardzo szybko zrozumieliśmy, że świadomość, rozmowa i zachęcanie ludzi do badań mogą realnie ratować zdrowie i życie. I mimo że przez 15 lat zmienił się świat, możliwości i sposób komunikacji, to potrzeba edukacji zdrowotnej nadal pozostaje ogromna.
Dlatego od lat organizujemy akcje profilaktyczne, spotkania edukacyjne, warsztaty, kampanie społeczne czy wydarzenia promujące badania i zdrowy styl życia. Wiele z tych działań realizujemy regularnie od wielu lat, bo wciąż widzimy, jak bardzo są potrzebne. Nadal spotykamy osoby, które boją się badań, odkładają diagnostykę albo po prostu nie mają wystarczającej wiedzy czy odwagi, by zrobić pierwszy krok.
Bardzo ważnym obszarem naszej działalności zawsze było także wsparcie osób chorujących onkologicznie i ich rodzin. Bo choroba nowotworowa dotyka nie tylko pacjenta, ale całe rodziny i bliskich. Często oprócz pomocy medycznej człowiek potrzebuje zwykłej rozmowy, obecności, zrozumienia czy poczucia, że nie jest sam.
Ale Sanitas to nie tylko działania lokalne i bezpośrednia pomoc pacjentom. Przez lata coraz mocniej angażowaliśmy się również w działania systemowe — uczestnicząc w debatach dotyczących ochrony zdrowia, współpracując z ekspertami, lekarzami, organizacjami pacjenckimi oraz instytucjami publicznymi. Bierzemy udział w pracach i konferencjach dotyczących profilaktyki, diagnostyki, dostępu do nowoczesnych terapii czy jakości opieki onkologicznej. Tworzymy raporty, zgłaszamy postulaty i staramy się być głosem pacjentów tam, gdzie podejmowane są ważne decyzje dla systemu ochrony zdrowia.
Bo z perspektywy naszej codziennej pracy bardzo wyraźnie widzimy, że największe problemy pacjenta często zaczynają się tam, gdzie kończy się system — przy długim oczekiwaniu na diagnostykę, braku koordynacji, wsparcia psychologicznego czy dostępu do informacji. Dlatego staramy się działać nie tylko „obok systemu”, ale również współtworzyć rozwiązania, które realnie poprawiają sytuację pacjentów. Trudno wskazać jedną najważniejszą akcję, bo każda z nich odpowiadała na konkretne potrzeby ludzi.
Ludzie z wielkim sercem w cieniu fleszy
M.K: Podkreślasz wyraźnie, że Sanitas to w 100% wolontariat – nikt nie jest tu zatrudniony, a członkowie pomagają charytatywnie po własnej pracy zawodowej, kosztem czasu wolnego, wieczorami czy w weekendy. Wspominałaś również, że pomagacie często po cichu, za kulisami – tam, gdzie nie docierają zdjęcia ani medialne relacje. Jak udaje Ci się i całemu zespołowi przez tyle lat utrzymać tak niesamowite zaangażowanie, rezygnując nierzadko z własnego odpoczynku?
A.N: Myślę, że nie da się tego robić przez 15 lat „dla zdjęć”. Takie działania można podjąć raz czy dwa razy, ale żeby wracać do nich wieczorami po pracy, w weekendy czy kosztem własnego czasu wolnego — potrzebne jest coś znacznie głębszego. W Sanitasie tym fundamentem zawsze był człowiek i poczucie, że nasze działania naprawdę mają sens.
Nie widać setek przeczytanych i napisanych maili, wiadomości, telefonów, organizacyjnego chaosu i miesięcy przygotowań do różnych akcji. Finalnie wydarzenie często trwa kilka godzin i pięknie wygląda na zdjęciach — i oczywiście, to są dla nas chwile ogromnej radości i szczęścia. Ale wcześniej stoją za tym tygodnie lub miesiące pracy, stresu, zmęczenia i ogromnego zaangażowania całego zespołu.
Zdjęcia i relacje z naszych działań są oczywiście potrzebne, bo dzięki nim możemy pokazać osobom, które nas wspierają, że ich pomoc naprawdę ma sens i realnie przekłada się na konkretne działania. To także forma podziękowania dla darczyńców, partnerów, wolontariuszy i wszystkich ludzi dobrej woli, którzy są częścią Sanitasu. Pokazujemy efekty naszych akcji, bo chcemy budować świadomość, zachęcać innych do profilaktyki i pokazywać, że wspólnie można zrobić naprawdę wiele. Ale jednocześnie zawsze pamiętamy, że najważniejsze rzeczy bardzo często dzieją się poza kadrem.
Sanitas przez te wszystkie lata stał się dla wielu z nas czymś więcej niż tylko stowarzyszeniem. Oczywiście łączy nas wspólna misja pomagania, ale przez ten czas stworzyliśmy też prawdziwą paczkę ludzi, którzy po prostu lubią ze sobą być. Potrafimy razem pracować, wspierać się w trudnych momentach, ale też śmiać się, wygłupiać, spędzać wspólnie czas i ładować baterie. I myślę, że to jest bardzo ważne, bo przy tak wymagającej działalności człowiek potrzebuje również zwyczajnej bliskości i chwil normalności.
Czasem bywa też tak, że w działania Sanitasu naturalnie angażują się nasze rodziny. Kiedy jest potrzeba, pomagają mężowie, dzieci, bliscy czy przyjaciele — przy organizacji wydarzeń, pakowaniu materiałów, transporcie czy zwyczajnie będąc obok nas wtedy, gdy pracy jest naprawdę dużo. I to jest piękne, bo pokazuje, że Sanitas stał się przez lata częścią naszego życia, a idea pomagania bardzo często przenosi się dalej — także na naszych najbliższych.
O trudach niesienia pomocy i szukaniu siły
M.K: Wspieranie innych w tak dramatycznym momencie życia to ogromny ciężar emocjonalny. Przyznałaś otwarcie, że bywały łzy bezsilności, chwile smutku i momenty, w których Wam samym brakowało sił, a mimo to wciąż staraliście się dawać je innym. Jak to jest być oparciem dla człowieka walczącego o życie, kiedy samemu ma się gorszy dzień? Skąd czerpiesz tę niespożytą energię, by nieść pomoc, gdy dookoła jest tak wiele cierpienia i strat?
A.N: To chyba jedna z najtrudniejszych stron pomagania, o której mówi się zdecydowanie za mało. Ludzie często widzą efekty naszych działań, akcje, wydarzenia czy uśmiechy na zdjęciach, ale nie widzą emocjonalnego ciężaru, który bardzo często zostaje z nami na długo po zakończeniu tych wszystkich działań.
Nie widać godzinnych rozmów telefonicznych z osobami, które są przerażone diagnozą, zagubione albo po prostu potrzebują się wygadać. Takie rozmowy nigdy nie są dla nas obojętne. Nie raz po odłożeniu telefonu sama siedzę i płaczę. Bo nie da się przez lata słuchać ludzkiego cierpienia i pozostać całkowicie odpornym emocjonalnie.
Bardzo trudne są również momenty, kiedy po miesiącach czy latach wspólnej walki ktoś odchodzi. Człowiek przywiązuje się do ludzi, przeżywa ich historie, kibicuje im, wierzy razem z nimi. I choć przez lata nauczyliśmy się ogromnej pokory wobec życia i choroby, to takich chwil chyba nigdy nie da się przeżyć „normalnie”.
Najtrudniejsze jest chyba jednak poczucie bezradności. Są sytuacje, w których bardzo chcielibyśmy zrobić więcej, szybciej pomóc, znaleźć rozwiązanie — a nie zawsze się da. I to zostaje w człowieku na długo.
Skąd więc siła? Myślę, że przede wszystkim z ludzi. Z wdzięczności, z małych gestów, z wiadomości od osób, którym udało się pomóc, z poczucia, że ktoś dzięki naszej obecności poczuł się choć odrobinę mniej samotny. Ogromną siłę daje mi też mój zespół — ludzie, którzy mimo własnych obowiązków i trudności nadal chcą pomagać innym. Bo nawet jeśli nie jesteśmy w stanie zmienić całego świata, to czasem możemy zmienić świat jednej konkretnej osoby. A to już bardzo dużo.
Ten jeden, niezapomniany moment
M.K: Podsumowując Wasze działania, mówisz, że największym sukcesem Sanitasu jest po prostu uśmiech pośród cierpienia, każde zwykłe „dziękuję” i moment, w którym ktoś uświadamia sobie, że nie jest sam. Gdybyś miała teraz zamknąć oczy i przywołać jedną, najbardziej wzruszającą sytuację z tych minionych 15 lat – twarz, rozmowę lub wydarzenie, które najmocniej utkwiło Ci w pamięci i sercu – co by to było?
A.N: Przez 15 lat było bardzo wiele takich momentów i chyba właśnie dlatego tak trudno wybrać ten jeden jedyny. Bo za Sanitasem stoją setki historii, rozmów, spotkań i emocji, które zostają w człowieku na zawsze.
Myślę, że najbardziej emocjonalne wspomnienia daje jednak akcja Mikołajkowa Niezapominajka. To wyjątkowy czas naszej blosci z pacjentami przebywającymi na oddziałach onkologicznych — czas pełen emocji, wzruszeń, ale też niezwykłego ciepła.
Pamiętam jedną z takich wizyt. Byliśmy ubrani w mikołajkowe stroje, grała świąteczna muzyka, słychać było dźwięk dzwonków, a oświetlone „sanie” pełne prezentów wywoływały uśmiechy już od wejścia na oddział. Weszliśmy na męską salę. Przy jednym z pacjentów siedziała żona, miała łzy w oczach. Podeszłam, przytuliłam ją i zaczęłam pocieszać, a ona powiedziała: „Nie, nie… nie o to chodzi. Mój mąż, jak was zobaczył, uśmiechnął się po raz pierwszy od dwóch miesięcy”. Do dziś mam ciarki, kiedy to wspominam.
Pamiętam też pacjentkę na wózku, którą córka woziła po szpitalnym korytarzu. Podeszłam do niej, kucnęłam, zaczęłyśmy rozmawiać. Śmiała się, była radosna, choć wokół było tyle cierpienia. Dwa tygodnie później zadzwoniła do nas jej córka z informacją, że mama zmarła. Powiedziała wtedy, że nasza obecność była dla niej jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie spotkały ją przed śmiercią. Niby tak niewiele — chwila rozmowy, obecność, uśmiech. A jednocześnie dla kogoś może to znaczyć naprawdę wszystko. Myślę, że każda osoba z Sanitasu, która brała udział w akcji Mikołajkowa Niezapominajka, nosi takie historie głęboko w sercu i pamięta je do dziś.
Pamiętam jedną sytuację, która do dziś wraca do mnie bardzo często i chyba już zawsze zostanie gdzieś głęboko w sercu. To było podczas jednej z naszych świątecznych akcji na oddziale onkologicznym. Wokół były mikołajkowe stroje, cicha świąteczna muzyka, dźwięk dzwonków i prezenty, którymi próbowaliśmy wnieść choć odrobinę ciepła w miejsce pełne lęku i cierpienia.
Na końcu sali siedziała starsza pacjentka. Sama. Bardzo cicha, wycofana. Widać było w jej oczach ogromny smutek i samotność. Podeszliśmy do niej spokojnie, usiedliśmy obok, wręczyliśmy mały prezent. Przez chwilę nic nie mówiła. Tylko mocno trzymała moją rękę. Po chwili zapytała cicho: „To wy naprawdę przyszliście tutaj specjalnie dla nas?”. Odpowiedziałam, że oczywiście tak. I wtedy rozpłakała się. Powiedziała, że od kilku tygodni nikt jej nie odwiedził. Że czuła się już człowiekiem „do zapomnienia”. I że pierwszy raz od dawna poczuła, że jeszcze dla kogoś jest ważna.
Na sali zrobiło się całkowicie cicho. Łzy mieli pacjenci, personel i my sami. I wtedy po raz kolejny zrozumiałam, że czasem największą pomocą nie są wielkie rzeczy. Czasem wystarczy obecność, kilka minut rozmowy, uśmiech i pokazanie drugiemu człowiekowi, że nadal jest ważny.
Przyszłość ponad podziałami
M.K: Sanitas to dziś niezwykłe miejsce ponad wszelkimi podziałami politycznymi, wiekowymi, płciowymi czy religijnymi. Rozpoczęliście właśnie swój rok jubileuszowy. Patrząc w przyszłość – czego, jako założycielka i prezeska, życzyłabyś stowarzyszeniu, swoim niezastąpionym wolontariuszom i, przede wszystkim, pacjentom na kolejne lata działalności?
A.N: Przede wszystkim życzyłabym nam, abyśmy nigdy nie stracili tego, co przez te 15 lat było w Sanitasie najważniejsze — wrażliwości na drugiego człowieka, empatii i zwykłej ludzkiej bliskości. Bo właśnie na tym od początku budowaliśmy nasze działania.
Bardzo chciałabym, aby Sanitas nadal był miejscem ponad wszelkimi podziałami — miejscem, w którym nieważne są poglądy, wiek, stanowiska czy różnice między ludźmi. W chorobie wszyscy stajemy się po prostu ludźmi potrzebującymi wsparcia, zrozumienia i obecności drugiego człowieka. I chciałabym, abyśmy nigdy o tym nie zapomnieli.
Moim ogromnym marzeniem jest też to, aby nasi pacjenci mieli coraz większy dostęp nie tylko do leczenia, ale również do godnej opieki, wsparcia psychicznego, nowoczesnej diagnostyki i poczucia bezpieczeństwa. Żeby nikt nie czuł się pozostawiony sam sobie w momencie diagnozy i walki z chorobą.
Naszym wolontariuszom życzyłabym przede wszystkim siły, zdrowia i tego, by mimo upływu lat nadal mieli w sobie tę niezwykłą energię i serce do pomagania. Bo Sanitas to nie budynek, logo czy nazwa. Sanitas to ludzie. Ludzie, którzy po pracy, po swoich codziennych obowiązkach, nadal znajdują czas i siłę, by być dla innych.
I chyba życzyłabym nam wszystkim jeszcze jednego — żebyśmy mimo trudnych historii, z którymi spotykamy się każdego dnia, nigdy nie przestali wierzyć, że dobro ma sens. Bo przez te 15 lat życie wielokrotnie pokazało nam, że nawet najmniejszy gest potrafi zmienić bardzo wiele.
Docenieni za serce i lata pracy
M.K: Sanitas przez lata został doceniony wieloma wyróżnieniami — od lokalnych podziękowań po prestiżowe ogólnopolskie odznaczenia, w tym najwyższe wyróżnienie Ministerstwa Zdrowia. Ale mam wrażenie, że dla Was największą wartością zawsze był człowiek i jego uśmiech w najtrudniejszym momencie życia. Czy są jednak takie nagrody, słowa wdzięczności lub gesty uznania, które szczególnie zapadły Ci w pamięć i stały się symbolicznym potwierdzeniem, że warto było przez te wszystkie lata iść właśnie tą drogą?
A.N: Każde docenienie ogromnie wzrusza, bo jest sygnałem, że ktoś zauważa lata pracy, setki godzin działań społecznych i serce, które nasi wolontariusze wkładają w pomoc innym ludziom. Każda nagroda daje też poczucie, że to, co robimy od 15 lat społecznie, naprawdę ma sens. To ważne również dla całego zespołu, bo pokazuje, że ich wysiłek jest zauważany i potrzebny.
Ale jednocześnie chyba najpiękniejsze momenty to te najbardziej ludzkie i ciche — kiedy ktoś po prostu przytuli, napisze wiadomość albo powie: „Dziękuję”. Dlatego wszystkie wyróżnienia przyjmujemy z ogromną wdzięcznością i wzruszeniem.
Od autorki: Ta rozmowa ma dla mnie głęboko osobisty wymiar – kiedy sama podejrzewałam u siebie chorobę, Ania była pierwszą osobą, do której odważyłam się zwrócić po pomoc. Jej ówczesne słowa, pełne empatii i spokoju, zostaną ze mną już na zawsze.
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.